Aranel - 2010-04-04 01:24:40

Pamięci wspaniałego człowieka,
Który dał mi nowe życie.


W powszechnym mniemaniu złodziej uchodzi za zwykłego, przeciętnego kryminalistę. Ot, taki szaraczek na tle innych.
Nic bardziej mylnego. Pozwólcie, że uchylę rąbka tajemnicy...

  Złodziejem może być każdy, to żadna filozofia ukraść jabłko ze straganu, czy podwędzić komuś sakiewkę. Ale aby stać się wirtuozem w tym fachu, trzeba przejść dokładne szkolenie oraz mieć prawdziwe zdolności. Tak czy inaczej, wszystko zaczyna się na ulicy. Przeciętni, drobni złodziejaszkowie zostaną tam na zawsze klepiąc swoją biedę, jednak ci uzdolnieni zostaną zauważeni.
Najtłoczniejsze ulice miast są pilnie obserwowane bynajmniej nie przez stróżów prawa... Nazywają ich Selekcjonerami. To oni oddzielają plewy złodziejskiej masy od dobrych ziaren.
  Miałem to szczęście, że wpadłem jednemu w oko. Widocznie wzbudziłem jego ciekawość. Sam nie wiem jak to się stało, ale po chwili jechałem już w karecie z zasłoniętymi oczami. Bałem się i próbowałem zwiać, ale nie wyszło. Nawet nie wiecie, jak dziękuję Opatrzności, że mi się nie udało.
  Dostałem się do gildii. Jakież było moje zdziwienie. Dopiero stawiałem moje pierwsze kroki w złodziejskim fachu, a pojawiła się taka szansa. Nie myślcie, że było łatwo. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że czekają mnie długie godziny morderczych treningów przeplatanych nauką. Wtedy jako zaledwie 9-letni chłystek cieszyłem się z tego, że mnie nakarmili i ubrali. Dostałem własne łóżko. To znaczyło koniec nocowania w rynsztoku, jedzenia odpadów i tej przygnębiającej walki o przeżycie. Dostałem od losu drugą szansę.
  Gildia złodziei była dla mnie spełnieniem marzeń. Pokochałem to miejsce od pierwszego pobytu. Z zewnątrz prezentowało się całkiem nieciekawie, jednak w środku? Bajka! Jako dzieciak ulicy nie widziałem nigdy tylu pięknych przedmiotów naraz. Nawet nie wiedziałem, że takie rzeczy istnieją. Jednak to, co mnie najbardziej zaskoczyło była życzliwość. Nikt mnie nie popychał, nie wyzywał. Wręcz przeciwnie, troszczyli się o mnie. Nigdy wcześniej nikt się o mnie nie troszczył.
  Na początku człowiek, który mnie "wybrał" opowiedział mi co nieco.  Nasza gildia nie była tak liczna jak inne, ale z pewnością elitarna. Przewodził nią William. Był to człowiek z pozoru wielce niepozorny, jednak potrafił nami przewodzić. Nikt nie osmielił się kwestionować jego poleceń, zrzesztą nie było po co. Prowadził nas mądrze. On ustalał, czego się mamy uczyć, ile mamy przynosić dziennie łupów, jakie mamy rewiry w mieście. Wszystko dokładnie planował. Zasad było kilka, nadzwyczaj jasnych i wymownych:
1. Kto nie przynosi fantów, nie je.
2. Kto spróbuje oszukać gildię, traci dłoń.
3. Kto da się złapać, zapomina o gildi i nie puszcza pary z ust.
4. Kto zdradzi, ginie.

Na początku śmieszyły mnie te zasady. Jednak w krótkim czasie odkryłem jak bardzo poważnie wszyscy traktują te cztery zdania. Dane mi było zobaczyć konsekwencje, idące za nieprzestrzeganiem zasad. Wziąłem sobie je do serca i teraz nawet w środku nocy, wyrwany ze snu mogę wam je zacytować. Wyroki wydawał William. Zajmował się także sprawami precedensowymi.
  Z chwilą przyjęcia do gildii zaczęły się dla mnie złote czasy. Jadłem, ile chciałem, spałem w wygodnym łóżku, moje ubranie było czyste i nowe. Nie spędzałem oczywiście dni bezużytecznie. Musiałem się uczyć. Nie tylko złodziejskiego fachu, ale także wpojono mi naukę czytania i pisania. Nauczono mnie liczyć i pięknie się wysławiać. Co tydzień miałem lekcje dobrzego wychowania. Zupełnie jak królewicz, albo hrabia. Wtedy nie rozumiałem po co złodziejowi takie umiejętności. Często się buntowałem. Wolałem ćwiczyć rzemiosło, jednak starsi byli nieugięci.
W późniejszych latach, gdy wkroczyłem w wiek młodzieńczy rozpoczęły się także zajęcia z szermierki, walki wręcz i innych przydatnych technik. Nadal nie wiedziałem po co mi to. Ach, jakże niedomyślny byłem!
  W myśl zasady numer 1 codziennie miałem przynosić określoną ilość skradzionych rzeczy. Na początku nie było ważne co, ani ile. Miałem wolną rękę i mogłem kraść to, co tylko zapragnąłem. Jednak nie trwało to długo. Zacząłem dostawać rozpiski. Miałem przynosić wszystkie przedmioty, które znalazły się na liście. Poprzeczka podnosiła się. Lecz ja się cieszyłem. To nadal była dla mnie dobra zabawa. Wkrótce moje beztroskie dni spędzone w mieście miały się skończyć.
  Zacząłem dostawać dziwne zadania. Miałem rozmawiać z kobietami i w tym czasie pozbawiać je biżuterii. Nigdy wcześniej tego nie próbowałem i wydawało mi się to samobójstwem. Przecież taka kobieta pilnuje swoich świecidełek jak oka w głowie. Tak przynajmniej myślałem. Znów się myliłem. odkryłem coś, co otworzyłomi drzwi na zupełnie nowe możliwości. Okazało się, że podobam się kobietom. Nie wiem, co we mnie widziały i wolałem nie wnikać, ale dzięki temu mogłem pozwolić sobie na coraz zuchwalsze kradzieże. Nie muszę chyba dodawać, że oprócz łupów miałem też z tego inne korzysci... W niedługim czasie nauczyłem się rozkochiwać w sobie kobiety tak, aby były w stanie oddać mi wszystko bez mrugnięcia okiem. Muszę przyznać, że salonowe zachowanie i rozległa wiedza wtłoczona do mej głowy bardzo się przydała. Czy jest kobieta, która oparłaby się mi? Cóż... udowodniłem, że nie.
  Cały czas byłem lojalny gildii. Przynosiłem więcej przedmiotów niż wymagali. Ale trudno się temu dziwić, to miejsce mnie stworzyło i kochałem je tak mocno, jak wszystkich, którzy do gildii należeli. Gdy miałem już za sobą dwadzieściajeden wiosen William przydzielił mi grupę, którą mieliśmy dokonywać włamań. Byli to głównie mężczyźni w moim wieku, lub niedużo młodsi. Ach, jaki entuzjazm nas rozpierał. Byliśmy panami świata. Nie było budynku, który by się nam oparł. Nieważne, czy to bank, kościół czy dom prywatny. Lubiliśmy wyzwania i adrenalinę.
  Oczywiście nadal bywałem na salonach i oczarowywałem płeć piękną swymi błyskotliwymi opowieściami. Zaaferowany słuchałem problemów mężczyzn. Jakże śmiałem się w duchu. Ci wszyscy wytworni i dostojni państwo nie mieli pojęcia o życiu. Egzystowali sobie w pięknych salach, rozmawiając o pogodzie. Nic dziwnego, że stałem się ulubieńcem wszystkich, byłem dla nich powieiem świeżości!
  Kilka lat później zdarzył się wypadek. Akcja przeprowadzona i dowodzona przez samego Williama nie udała się. Wpadli w zasadzkę. Ktoś nas zdradził. Nasz przywódca został pojmany, reszta zdołała uciec, zresztą dzięki niemu. Nie wydał nas, milczał jak grób. Bardzo szybko wydano na niego wyrokk i stracono. Jego śmierć była końcem dla nas wszystkich.
Atmosfera wśród nas była tak napięta, że bardziej nie mogła. Każdy patrzy na każdego wilkiem. Wiedzieliśmy, że jest wśród nas zdrajca, jednak nikt nie wiedział, kto to jest. Nastąpiła anarchia. Zaczęło się od rozgrabienia wspólnego majatku. Zaczęliśmy być do siebie wrogo nastawieni. Dla mnie był to szok, dlatego postanowiłem opuścić gildię i całe to parszywe miasto. Nie wziąłem ani dukata ze skarbca, który także zapełniłem. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Ruszyłem w podróż. Kradłem po drodze tylko tyle, aby przeżyć. Zwiedziłem prawie cały świat, jednak postanowiłem wrócić. Może i moje rodzinne miasto nie było najpiękniejsze, to jednak było moje. Spędziłem tam najwspanialsze lata.
  Wszystko się zmieniło. Gildia przestała istnieć. A właściwie została rozgromiona. Nic w tym dziwnego, skoro członkowie przestali uważąć i łatwo wskazali straży drogę do kryjówki. Czułem się oszukany. Ta swietna organizacja została zapomniana. Nie chciałem się z tym pogodzić, więc postanowiłem opisać ją najlepiej jak umiem. Póki wspomnienia są wyraźne i kolorowe.
Macie więc przed sobą całe moje życie, życie człowieka, który nigdy nie przestał kraść. Nawet teraz kradnę wasz czas...

Jack Gerritsen

pila.zbiorniki-betonowe360.pl